Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 września 2024

Co jeszcze w 2024 roku

Jak na razie rok 2024 rozpieszcza mnie pod względem nowych albumów, książek i filmów. Z albumów najbardziej spodobały mi się nowe wydawnictwa od: Jennifer Lopez, Justin Timberlake, Ariana Grande, Camila Cabello, Chloe, Dinah Jane, Dua Lipa, Taylor Swift, Beyonce, Tyla, New Kids on The Block, Zara Larsson, Normani, Muni Long, Doechii, Olivia, Sy Smith, Latto, Tinashe, Vanessa Williams, KeKe Wyatt, Jordin Sparks, Rhona Bennett, Teenear.  

Zatem czekam jeszcze na kolejne albumy tej jesieni i zimy. A na kogo konkretnie? Oto oni:

Shawn Medes - album pod tytułem "Shawn" ma się ukazać 15 listopada. Są już znane 2 piosenki: "Isn't it enough" oraz "Why Why Why". A cały album ma liczyć 12 piosenek. 

Jessie Reyez - Jessie od roku już uderza z nowymi piosenkami. Najpierw "Jeans" z Miguel, potem "Shut up" z Big Sean, a teraz "Ridin'" z Lil Wayne. Nowy album zapowiada się ciekawie. 

Keith Robinson - Keith pokochałam jeszcze w 2006 roku, kiedy zagrał w musicalu "Dreamgirls" u boku Beyonce, Jennifer Hudson, Jamie Foxx i Eddie Murphy. Jego nowy album ma się ukazać już niebawem, a za jego produkcją stoi szwajcarski producent znany jako DJ Soulchild. 

Mary J Blige - Mary uwielbiam od 1992 roku. Jej nowy album zwiastują takie piosenki jak: "Still believe in love", "Gone forever" i "Breathing". 

Leith-Anne - po zawieszeniu karieru przez zespół Little Mix, to Anne najbardziej się udziela ze swoim solowym projektem. Wydała już kilka dobrych piosenek: "Don't say love", "Stealin' love" czy "My love". 

Perrie - to kolejna piosenkarka z zespołu Little Mix. Perrie Edwards wypuściła dwie letnie piosenki: "Forget about us" i "Tears". Debiutancki album zapowiada się smakowicie. 

Jade - Jade Thirwall to jeszcze jedna piosenkarka z Little Mix. Jako ostatnia wydała swój debiutancki singiel: "Angel of my dreams". Jestem ciekawa dalszych piosenek. Jedynie przeszkadza mi, że używa pseudonimem Jade, a już istnieje trio Jade z lat 90s. 

Julia Rocka - jej debiutancka płyta "Blaza" wymiata. Zatem mam duże oczekiwania, co do drugiej płyty. Choć piosenki, które ją zapowiadają naprawdę brzmią ciekawie: "I że czuje się sam" oraz "Mam koleżankę". 

Julia Wieniawa - Sama Julia mówi, że nie lubi swojego debiutu "Omamy", że woli się w popie. Ja natomiast uwielbiam "Omamy" i jestem ciekawa, jak druga płyta będzie brzmieć jako pop album. Są już 3 piosenki zwiastujące ten album: "Sobą tak", "Popłyniemy" i "Nad morze". 

Wishlake - Kamil Zawiślak, to prawdziwe objawienie na naszej scenie. Kamil pobierał muzyczne wykształcenie w Holandii, ale wrócił do kraju i stara się utrzymać z muzyki. A idzie mu to wyśmienicie. Na swoim koncie ma już 2 albumy: "Wait for us" z 2016 roku jeszcze pod pseudonimem Milky Wishlake oraz już jako Wishlake album "Drowning" z 2022 roku. Teraz chce wydać album inspirowany swoimi koncertami Beksiński Live. Nie mogę się już doczekać. 

Paluch - mój ulubiony polski raper jesienią wraca z nową płytą. 15 solową płytę zwiastują piosenki: "M&M", "Na luzie" czy "Wszystko retro". Tytuł płyty "Najlepszego życia diler". W poniedziałek ma ukazać się piosenka "Ułoży się". Premiera albumu 10 października. 

Blanka - Blanka Stajkow to 25 latka, która podbiła świat swoją piosenką "Solo". Mnie urzekła piosenką "Better". Jestem ciekawa jej debiutu. 

Kara - to najlepsza, polska raperka. Ma zaledwie 23 lata i pochodzi z Krakowa. Jestem ciekawa, co pokaże na nowym albumie. Do tej pory jej mój ulubiony numer to "Zawirowania". 

Maciej Musiałowski - ten aktor rozbił bank pisząc i wykonując razem z Julią Wieniawą piosenkę "Zabierz tę miłość". 27 mln wyświetleń na YouTube mówi swoje. Czekam z zapartym tchem na jego debiutancką płytę. 

To na tyle, co do moich oczekiwać płytowych. 

Z filmów czekam na nowego Jokera i kolejną część Horyzontu Kevina Costnera. 

Z książek czekam na nowego: Harlan Coben "Pomyśl dwa razy" premiera 9 października, Jorn Lier Horst, Wojciech Wójcik, Marek Stelar. 


czwartek, 15 września 2022

Kącik filmowy part 1

 Ostatnio przysiadłam się do filmów i nadrobiłam zaległości:


1. Dziewczyny z Dubaju - dobra rola Katarzyny Figury, film nawet nie taki zły, warto pooglądać ku przestrodze.



2. Kobiety mafii 2 - pierwsza część beznadzieja, więc z rezerwą siadłam do 2 części, ale okazała się nie taka zła. Dobra rola Katarzyny Warkne.



3. Diuna - nie podobała mi się, za mało Zendaya. Nie będę oglądać dalszych części.



4. Nowy Batman - super rola Zoe Kravitz. Ogólnie bardzo dobry film. Podobał mi się Pingwin, aż żałowałam, że tak go mało w tym filmie.



5. Top Gun Maverick - extra, bardzo mi się podobał.



6. Czarna wdowa - dobra rola Scarlett. Może film niegenialny, ale dobrze mi się oglądało i czekam na dalsze przygody Czarnej Wdowy.



7. West side story - Spielberg jako reżyser, Kamiński za zdjęciami. Niby mógł być hit, ale coś mi w nim nie pasowało. I za długi, 150 minut.



8. Córka - nie podobała mi się. Nie dziwię się, że nie zdobyła Oskara.



9. Bohemian Rapsody - Super, Rami zagrał na najwyższym poziomie. Zasłużony Oskar.



10. CODA - bardzo mi się podobał. Nie dziwię, że dostał Oskara.



11. Respect - film o piosenkarce soul Aretha Franklin. Może być. Miło się oglądało.



12. Elvis - extra. Może aktor dostanie Oskara za rolę Elvisa. Zobaczymy.



13. 365 dni - paskudny film. Straciłam tylko czas na oglądanie.


14. Witaj w klubie - super. Zasłużone Oskary. 

 

15. Wyjdź za mnie - przyjemna komedia romantyczna. Jak zresztą każda z Jennifer Lopez.  

16. Na chwilę, na zawsze - cudny film. Polecam gorąco. Wzruszający, ale piękny.

środa, 10 sierpnia 2016

Spowiedź z filmowego kącika

Filmy nadal chętnie goszczą w moim życiu, ale już nie tak intensywnie jak dawniej. Przez ostatnie 7 miesięcy zajrzałam do kilkunastu filmów i dziś wam napiszę kilka słów o nich.



Deadpoll (2016) - zwiastun przewijał mi się kilka razy przed oczami, ale był dla mnie odpychający. Nie zamierzałam zabierać się za ten film. Jednak pewnego wieczoru, całkiem z nudów pomyślałam, że zaryzykuję. I całe szczęście. Deadpoll mnie w sobie zaczarował. Po prostu walił mnie z nóg. Przezabawne dialogi, świetna historia i akcja. Deadpoll to film, który potrafi poprawić humor o każdej porze dnia i nocy. Jednocześnie utwierdziłam się w przekonaniu, że zwiastun można tak sknocić i źle zmontować, że można tym zniechęcić widzów i zabrać komuś szansę dobrej zabawy. Czekam na dalsze losy Deadpoll, a one już w przyszłym roku. 

Southpaw (2015) - nigdy nie byłam wielką fanką aktora Jake Gyllenhaal, ale w "Do utraty sił" zyskał moje pełne uznanie. Historia, która daje kopa do działania. Jeszcze nieraz będę do niej wracać. 

Labirynt (2013) - wciągająca historia, przerażająca zagadka i mroczny klimat. Film posiada wszystkie cechy udanego thrillera, tylko końcówka lekko zawodzi i wolałabym bardziej spektakularne zakończenie. 

Matrix (1999) - nigdy nie ciągnęło mnie do tego filmu, więc wcześniej oglądałam go bez entuzjazmu i zainteresowania. W końcu w tym roku, po 17 latach od premiery, usiadłam do niego i postanowiłam się z nim rozprawić. Przekonałam się, że to jednak nie film dla mnie. Akcja, dużo scen walki i brak wciągającej opowieści o życiu głównego bohatera, to nie to co lubię. Żałowałam, że pominięto scenę, jak Neo miałby schodzić z wieżowca po schodach przeciwpożarowych, bo tylko ta scena podniosła mnie z fotela. 

Knock, Knock (2015) - duże rozczarowanie. Zaskoczyłam się, że Keanu Reeves przyjął taką rolę. Jeden z gorszych filmów, na jaki trafiłam w ostatnich latach, a na pewno najgorszy w karierze Reeves. 

John Wick (2014) - w tym przypadku Keanu Reeves mnie miło zaskoczył. Nie sądziłam, że aktor w starszym wieku (w dniu premiery miał 50 lat) ma też taką werwę. Świetna rola. Z niecierpliwością czekam na drugą część. 

Twarz anioła (2014) - lubię zawiłe prawnicze zagadki, ale ta historia mnie nie kupiła. Brakowało polotu. Akcja ciągnęła się ślimaczym tempem i potrafiła zmęczyć. 

Pitbull. Nowe porządki (2016) - film trzymał w napięciu, a bohaterowie umieli przykuć do fotela. Jednak reżyser Patryk Vega mógł sobie darować zbyt drastyczne sceny. Nie lubię, aż takiego rozlewu krwi. To zbędne. Wolę, gdy reżyser zostawia pewnego rzeczy w domyśle, dla naszej wyobraźni. Dosadność nie jest wskazana. 

Służby specjalne (2014) - po Pitbullu powinnam się już przyzwyczaić, że Patryk Vega lubuje się w krwistych scenach. Jednak nadal mi to nie przechodzi przez gardło. To nie moje klimaty. Film zbyt surowy, zbyt brutalny, zbyt często powodujący ciarki na ciele i zbyt mroczny. Gdyby nie pewne ciekawe wątki, to wolałabym o tym filmie zapomnieć.

Listy do M. 2 (2015) - film tak naładowany napuszonym dramatyzmem, że wolałabym nie oglądać tego filmu przed Bożym Narodzeniem. Słabe, wręcz głupkowate, dialogi sprawiają, że czułam po seansie niesmak. I mam nadzieję, że jednak jakiś kolejny reżyser (2 części są kręcone przez różnych reżyserów) nie wpadnie na pomysł na część 3.

The Boy (2016) - nie lubię horrorów i już nawet nie wiem, co mnie skusiło na ten film. Jednak horror okazał się raczej lekką parodią horroru. Niby przygnębiający klimat, a jednak śmieszny. Tylko zakończenie było zaskakujące. A poza tym, to The Boy to strata czasu. Nic odkrywczego.


sobota, 2 kwietnia 2016

Seriale na wieczór

Nie jestem wielką fanką seriali. Wieloletnie produkcje mnie po prostu męczą. Lubię krótsze serie, bez zbędnego ślimaczenia się w nieskończoność (tz. do ostatniego widza). Obecnie tylko kilka seriali mnie na tyle zaciekawiło, że chętnie do nich zaglądam, jeśli znajdę czas i ochotę. 



Good Wife śledzę od samego początku (2009), choć zdarzyła mi się przerwa. Poczułam, że serial traci na świeżości i wchodzi w rutynę. A zabicie jednego z ciekawszych, głównych bohaterów sprawiło, że lekko obraziłam się na scenarzystów. Po pewnym czasie wróciłam do serialu i znów się nim zachwycałam. Good Wife, czyli Julianna Margulies potrafiła przykuć uwagę, a Eli dodawał charyzmy. Aż szkoda, że sezon 7 jest ostatnim. Finałowy odcinek poznanym dopiero 8 maja. 


Z serialem Empire miałam swoje wzloty i upadki. Do dziś czasem mam słodko-kwaśny nastrój po odcinku. Jednak w Empire jest jakiś ukryty magnetyzm, a muzyka do serialu to rozkosz dla prawdziwych fanów czarnego brzmienia. Nadal nie wiadomo, czy serial zakończy się happy endem, a wieczne droczenia się między Cookie i Lucious doprowadzą ich do ołtarza. 


Devious Maids zaintrygowały mnie już od pierwszego odcinka. Lubię ich niespodzianki, tajemniczość, temperament i poczucie humoru. Z tymi pokojówkami nie da się nudzić. Na pewno sezon 4 (premiera 6 czerwca) mnie nie zawiedzie.


Pierwszy sezon Secrets & Lies był przewidywalny i zakończenie nie powaliło na kolana, ale było warto obejrzeć dla samej roli Juliette Lewis jako detektyw Andrea Cornell. Aktorskie popisy Ryan Phillippe też robiły wrażenie, więc trochę szkoda, że nie zobaczymy go w drugim sezonie. Mimo wszystko jestem ciekawa, jak potoczą się losy pani detektyw. Premiera sezonu 2 jeszcze nieznana. 


The Affair zgarnął aż 3 Złote Globy, więc z ciekawości zerknęłam, co w trawie piszczy. I choć serial doprowadzał mnie często do furii, irytował i wnerwiał, a od namiaru scen łóżkowych mdliło, to sytuację ratował aktor Joshua Jackson. Aż miło było popatrzeć, jak dojrzał w swoim aktorstwie (a pamiętam go jeszcze z serialu dla nastolatków - Jezioro Marzeń). Premiera 3 sezonu jeszcze nieznana, ale ma się odbyć w tym roku. 

sobota, 29 sierpnia 2015

Paper Towns

Ostatnio mam zastój kinowy i jeszcze dobrze pamiętam, jak świetnie bawiłam się na filmie "The Other Woman". Wtedy szukałam lekkiego, przyjemnego filmu i taki też dostałam. Tym razem też miałam ochotę na dobrą zabawę przy niewymagającym filmie, więc wybrałam "Papierowe miasta". Film mnie nie rozczarowałam. Dostałam to, czego szukałam, a nawet trochę więcej. A więcej dała mi gra aktorska modelki Cara Delevingne. Zupełnie nie dziwię się zachwytom nad jej talentem. Cara potrafi zahipnotyzować i przykuć do fotela. Czekam na więcej filmów z Cara, a "Paper Towns" polecam, jeśli szukacie odpoczynku od ciężkiego dnia pracy. "Paper Towns" daje wytchnienie i powiew świeżości, nawet jeśli dawno już skończyliście 18 lat. 




piątek, 23 stycznia 2015

Bajkowy ślub Kim Kardashian i Kris Humphries

Październik 15, 2011

W ostatnich miesiącach Ameryka żyła ślubem gwiazdy reality show Kim Kardashian i koszykarza, gwiazdy NBA - Kris'a Humphries. 

Choć ślub odbył się 20 sierpnia, telewizja E! (mająca prawa do śluby na wyłączność) trzymała tajemnicę aż do 9 i 10 października. Emisja odbyła się w dwóch w 4 częściach. Zanim zobaczyliśmy bajkowy ślub, oglądaliśmy problemy rodzinne z organizacją uroczystości w krótkim czasie (mieli tylko 2 miesiące). Nie odbyło się bez łez, kłótni i wątpliwości o podjętych decyzjach. Jednak jak to w przypadku rodziny Kardashians nie obyło się też bez pojednania. 

Za prawa do ślubu Kim otrzymała aż 10 mln dolarów i faktycznie sponsorzy się postarali. Nie żałowali na zachcianki Kim. Cała uroczystość jest zrobiona na typowy hollywoodzki glam. Zapiera dech w piersi. Co najważniejsze - dzieje się naprawdę. Po raz pierwszy mieliśmy okazję wziąć udział w bajkowym ślubie. Czy wam też się podobał? 





wtorek, 20 stycznia 2015

Ciekawe kreacja aktorskie



Dzisiaj chciałbym przedstawić kilka niezwykle ciekawych kreacji aktorskich. Nie jest to jednak ranking ról, które uważam za najlepsze, chociaż niektóre z nich z pewnością by się w takim zestawieniu znalazły. W zestawieniu znalazły się role charyzmatyczne, łatwo zapadające w pamięć.

Maria Falconetti jako Joanna d'Arc („Męczeństwo Joanny d’Arc”)

W 1928 C. T. Dryer wyreżyserował jeden z najlepszych filmów w historii kina, „Męczeństwo Joanny d’Arc”. Jednym z największych atutów obrazu, była niezwykła rola Marii Falconetti wcielającej się w tytułową postać. Film jest niemy, dlatego cierpienie głównej bohaterki współcześnie nie powinno „grać” widzowi na uczuciach, jak w dźwiękowych produkcjach. Jednak nic bardziej mylnego. Ta nieznana aktorka dzięki niebywałej mimice twarzy odegrała coś nieprawdopodobnego. Podczas oglądania produkcji widz na własnej skórze może poczuć ból, przez jaki przechodzi Joanna d’Arc. Spojrzenia aktorki są pełne strachu, przerażenia, smutku, dzięki czemu widzimy, jakiego wielkiego cierpienia doznała Joanna. Często się spotykałem z twierdzeniem, iż jest to najlepsza rola kobieca w historii kina. Ciężko jednak mi było porównywać role w niemych produkcjach z tymi z filmów dźwiękowych, jednak jeśli w 2012 roku Oscara za najlepsza rolę męsko zdobył Jean Dujardin grający w filmie niemym, to mogę stwierdzić, że rzeczywiście być może jest to najlepsza rola kobieca wszech czasów.

Al Pacino jako Michael Corleone (Trylogia „Ojciec Chrzestny”)

Moim zdaniem najlepszą rolą w karierze Ala Pacino był Michael Corleone. Postać ta była niezwykle interesująca, a wybór tego aktora był najlepszy z możliwych. Pacino świetnie odegrał wewnętrzną przemianę Michaela. Gdy się z nim zapoznajemy jest on przeciwny gangsterskim interesom swojej rodziny. Chciałby być inny od nich, żyć jak zwyczajny obywatel. Później Pacino subtelnie pokazuje jego przemianę. Wówczas zaczyna odgrywać postać kogoś znacznie „zimniejszego” od każdego członka swojej rodziny. Zazwyczaj opanowany, pewny siebie, na jego twarzy nie widać większych emocji. Samo spojrzenie Pacino przeszywa na wyrost. Jest to postać, której się można bać i jednocześnie czujemy do niej respekt. Genialne!

Marlon Brando jako Vito Corleone („Ojciec Chrzestny”)

Rola Brando w „Ojcu Chrzestnym”, to chyba legenda, jakiej nikomu nie trzeba przedstawiać. Dzięki znakomitej charakteryzacji i umiejętnością gwiazdy „Czasu Apokalipsy” otrzymaliśmy portret podstarzałego gangstera, wiedzącego, iż jego czas już przemija. Zmęczony, powolny sposób mówienia sprawia, że tej postaci nigdy nie zapomnimy. Zdecydowanie jedna z najlepszych i najbardziej charyzmatycznych ról w historii kina!

Robert De Niro jako Vito Corleone („Ojciec Chrzestny II”)

Trzeba przyznać, że Robert De Niro miał niezwykle ciężkie zadanie do zrobienia. Wkraczający do wielkiego świata filmu aktor musiał stanąć przez wyzwaniem dorównaniu genialnej kreacji Marlona Brando jako Vito Corleone. De Niro w kontynuacji arcydzieła Coppoli zagrał młodego Vito, wkraczającego dopiero w świat życia gangsterskiego. Trzeba przyznać, że aktorowi udało się dorównać starszemu koledze po fachu. Jego Vito jest młody i pełen sił. W grze aktora słychać charakterystyczny sposób mówienia, jakim obdarzył swojego bohatera Marlon Brando. Podczas seansu nie ma wątpliwości, że De Niro to ten sam Vito, co Brando tyle, że o wiele lat młodszy. Zasłużony Oscar!

Robert De Niro jako Travis Bickle (“Taksówkarz”)

Travis Bickle to niezwykle skomplikowana psychologicznie postać. Odegranie tej roli stanowiło dla aktora niezwykle duże wyzwanie. Prawdopodobnie niewielu mogłoby odegrać tak złożoną postać. Dla De Niro chyba nie ma rzeczy niemożliwych, bowiem w tą postać wcielił się perfekcyjnie. De Niro, jako Travis to osoba po przejściach wojennych. Ma problemy ze snem, dlatego jeździ swoją taksówką również w nocy. Oczywiście aktor nie gra ostentacyjnie traumy po wojnie, raczej dusi to w sobie. Travis chciałby spełnić swój amerykański sen, o lepszym życiu, posiadaniu dziewczyny. W pewnym momencie jego marzenia popadają w ruinę i wówczas coś w nim pęka. Ciężko jest określić, jaką postacią jest Travis, czy to dobry charakter, czy zły. De Niro nie dał nam satysfakcji zakwalifikowania go do żadnej kategorii, dlatego też uważam, że jest to jedna z najlepszych ról nie tylko w karierze słynnego aktora, lecz również w całej historii kina.

Russel Crowe jako Maximus („Gladiator”)

Russel Crowe w obrazie Ridleya Scotta “Gladiator” odegrał chyba swoją najlepszą rolę w karierze. Maximus w ujęciu Crowe’a jest mężczyzną niezwykle twardym, honorowym, człowiekiem z zasadami. Jest męski i potrafi walczyć, a największą miłością darzy swoja rodzinę. Crowe świetnie to wszystko pokazuje. Po śmierci swojej żony i synka, stara się cały ból i cierpienie tłumić w sobie. Za wyjątkiem jednej sceny nie cierpi zbyt ostentacyjnie, lecz widać, jakie wielkie cierpienie i jaką tęsknotę nosi w sobie. Ciężko jest odegrać wiarygodną postać z krwi i kości, tak właśnie zagrał Crowe w „Gladiatorze”. Ponadto gwiazdor „Pięknego umysłu” nie oszczędzał siebie i towarzyszących mu aktorów podczas scen walki. Aby wszystko było realistyczne, pojedynki w miarę możliwości były autentyczne. Takie sceny musiały być niezwykle wyczerpujące i zapewne zostawiały dużo siniaków. Zasłużony Oscar dla pana Crowe’a!

Heath Ledger jako Joker („Mroczny Rycerz”)

Joker z “Mrocznego rycerza”, to jeden z najciekawszych czarnych charakterów w historii. Wszystko głównie dzięki fenomenalnej roli Heatha Ledgera. Aktor, aby być jak najbardziej wiarygodnym zamknął się na kilka tygodni w pokoju i studiował portrety psychologiczne psychopatów. Joker Ledgera jest niezwykle charyzmatyczny, lecz przy tym nie ostentacyjny (o co niezwykle trudno). Chcemy go widzieć na ekranie, lubimy go, lecz jednocześnie przeraża nas. Ledgerowi udało się chyba wziąć najlepsze cechy każdego Jokera, jakiego widzieliśmy wcześniej na ekranie, a przy tym zrobić postać niezwykle oryginalną i niepowtarzalną, lepszą od każdego wcześniejszego Jokera. Jego sposób mówienia, gesty, mimika twarzy oraz śmiech, to coś, co łatwo rzuca się w oczy i zapamiętamy już na zawsze.

Toshiro Mifune jako Kikuchiyo („Siedmiu samurajów”)

Toshiro Mifune to jeden z najwybitniejszych aktorów kina japońskiego. Zagrał on wiele znakomitych ról, lecz jedna z nich utknęła w mojej pamięci szczególnie. Odegrana przez niego postać Kikuchiyo w „Siedmiu samurajach” Akiry Kurosawy, to bez dwóch zdań jedna z najbardziej charyzmatycznych ról wszech czasów. Mifune pokazał nam postać szaloną, nieco przygłupią, a jednocześnie ambitną i o wielkim sercu. Kikuchiyo wprowadził do filmu sporo humoru, dzięki świetnej grze Mifune. Bez wątpienia jest to postać komiczna, lecz ma w sobie sporo elementów postaci tragicznej, przez przejścia w przeszłości. Aktor musiał się namęczyć odgrywając swoją rolę, bowiem Kikuchiyo to osoba pełna energii, biega, krzyczy, walczy, praktycznie cały czas jest w ruchu. Japońska legenda spisała się rewelacyjnie. Nie wyobrażam sobie kogoś innego w tej roli.

Anthony Hopkins jako Hannibal Lecter („Milczenie owiec”)

Autor Thomas Harris, nakreślił chyba portret najbardziej przerażającego psychopaty w dziejach, Hannibala Lectera. Ten portret w 1986 roku na ekrany przeniósł Michael Mann, jednak sam Lecter niczym nie zachwycał. Dlaczego? Bo aktor nie zagrał go tak, abyśmy się mogli go bać. Dopiero kilka lat później, gdy w adaptacji „Milczenia owiec” słynnego doktora zagrał Anthony Hopkins, Hannibal Lecter stał się ikoną zła w kinie. Hopkins jest realnie przerażający. Już, gdy go widzimy po raz pierwszy na ekranie, emituje z niego zło. Widzimy szaleńca a gdy zaczyna mówić, geniusza. Podziwiamy każde zdanie, jakie wypowie, podziwiamy sposób, w jaki to mówi. Podczas seansu wiemy, że nie chcielibyśmy być na miejscu głównej bohaterki. Widzimy Lectera, jako psychopatę, szaleńca, a jednocześnie wiemy, że nie jest on chory psychicznie, jak inni pacjenci szpitala, w którym się znajduje. Wygląda na to, że on wie, iż jest zły, mimo tego, nie ma wyrzutów sumienia. Nie czuje strachu, potrafi panować nad emocjami. Hopkins stworzył rolę legendę Żaden inny morderca do tej pory nie był tak przerażający. Na ekranie pojawia się łącznie przez 16 minut, mimo to mamy wrażenie, jakby był tam o wiele dłużej. Ponad to, za te 16 minut aktorstwa, otrzymał Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Te kilkanaście minut wystarczyło, aby zostać uznaną za jedną z najlepszych ról wszech czasów. Prawdziwie wielka rola.

Autor: Łukasz Skotniczny

Filmowe oczekiwania 2013 roku

Listopad, 2012 


Nowy rok zawsze przynosi ze sobą nowe oczekiwania. W tym roku czekamy z niecierpliwiścią na nowe płyty, filmy czy wydarzenia kulturalne. Z tej okazji zapytałam Łukasza Skotnicznego o to, na jakie filmy warto czekać w roku 2013.

10. "Promised Land"

Gus Vant Sant nie ma wielu słabych filmów w swojej karierze. Niemal w każdym roku, kiedy kręci jakiś film, obraz ten można wyróżnić, jako jeden z ciekawszych. Scenariusz do „Promised Land” pisał m.in. Matt Damon. Ostatnim razem, gdy tych dwóch panów zrealizowało coś razem, otrzymaliśmy jeden z najlepszych filmów za równo reżysera, jak i gwiazdy serii o przygodach Jamesa Bourne’a. Co prawda przy pisaniu „Buntownika z wyboru” partnerem Damona był Ben Affleck, a teraz John Krasiński, nie zmienia to faktu, iż film
zapowiada się interesująco.

9. „Lawless”

Ryan Gosling I Christian Bale w historii seksualnego opętania. Co najważniejsze reżyserem jest Terrence Malick, a ten zdecydowanie potrafi reżyserować w niezwykle poetyckim stylu. Jego styl mi niezwykle pasuje i chociaż „Drzewo życia” nie było niczym oryginalnym, to Mallick sprawił, iż obraz ogląda się z wielką fascynacją. Dlatego też „Lawless” zobaczę na 100%.


8. “Sin City: A Dame To Kill For”

Od pierwszej części minęło już kilka dobrych lat. Premiera obrazu była już kilkakrotnie przesuwana i mam nadzieję, że tym razem się uda, bowiem „Miasto grzechu” było jednym z najciekawszych adaptacji komiksu. Liczę, że druga odsłona podtrzyma klimat i poziom pierwszej części.

7. “Kick-Ass 2: Balls to the Wall”

Niewiele wiemy na temat fabuły nowego “Kick- assa”. Pierwsza odsłona była świetną rozrywką i od drugiej oczekuję tego samego. Szkoda, że zmienił się reżyser, chociaż czasem to wychodzi na dobre. Może dorzuci jakąś świeżość, coś nowego. Ważne jednak, że aktorzy się nie zmienili i znowu zobaczymy Aarona Johnsona w tytułowej roli, Christopher Mintz- Plasse, jako Chris D'Amico / The Motherfucker oraz oczywiście najważniejszą, jak dla mnie postać, czyli Chloë Grace Moretz w roli mojej ulubionej superbohaterki, Hit- Girl. Mam nadzieję, że będzie zabawnie i krwawo.

6. "Nymphomaniac"

Lars von Trier znowu doprowadzi do skandalu? Jego najnowsza produkcja opowiada o erotycznych historiach z życia pewnej kobiety, Joe. Jednak największym smaczkiem jest fakt, iż produkcja będzie zaliczana do kategorii XXX, bowiem sceny seksu są podobno prawdziwe!

5. “Man of Steel”

Zack Snyder za kamerą, Christopher Nolan, w roli producenta, strój Supermana nie wyglądający, jak ubranie z sex shopu oraz zwiastun robiący kolosalne wrażenie. Czyżby Superman dostał w końcu film na poziomie, a nie nudne brednie, jak do tej pory? To się musi
udać!

4. “Holy Motors”

Głównym bohaterem „Holy motors” jest milioner Oscar, który pracuje dla tajemniczej agencji. Jego zadaniem jest wcielanie się w ludzi i poświęcanie dla nich własnej tożsamości. Ci którzy film widzieli chwalą go za scenariusz, wizje, aktorstwo, dbałością o szczegóły i humor. „Holy motors” to obraz surrealistyczny, a takich we współczesnym świecie robi się już raczej rzadko, tym bardziej ciekawi mnie ta produkcja.

3. “Django”

Tarantino tym razem postanowił nakręcić western, aby oddać mu hołd w swoim stylu. „Bękarty wojny” udowodniły mi, że reżyser się jeszcze nie wypalił, wręcz przeciwnie moim zdaniem nakręcił swój najlepszy obok „Pulp Fiction” film. Na dodatek obsada robi wrażenie, Leonadro DiCaprio, Christopher Waltz, Jammie Foxx, Samuel L. Jackson. Western, gdzie głównym bohaterem będzie czarny niewolnik- rewolwerowiec? A wszystko wyreżyserowane przez Tarantino? Zapowiada się ostra jazda!

2. "Only God Forgives"

“Drive” zawładnął całkowicie moim sercem, dlatego też na najnowszy obraz Nicolasa Windinga Refna czekam z wielką niecierpliwością. Reżyser ma niepowtarzalny styl, dlatego nieważne nawet o czym byłaby produkcja i tak bym ją obejrzał. A historia mężczyzny uciekającego przed policją, który trafia do klubu z tajskim boksem będącego przykrywką do handlu narkotykami zapowiada się soczyście.

1. “The Grandmaster”

Ip man to człowiek, który potrafił walczyć. Znał się na sztukach walki, jak mało kto, w końcu był mistrzem samego Bruce’a Lee. Kar Wai Wong to zdecydowanie jeden z najlepszych reżyserów w historii. Jego „Spragnieni miłości” to jeden z najlepszych filmów w historii. Każda jego produkcja jest ciekawa, magicznie wyreżyserowana. Od jego ostatniego obrazu minęło już prawie 5 lat, a po zwiastunach, „The Grandmaster” zapowiada się fenomenalnie. Na tą produkcję czekam najbardziej.


Chris Rock


 Czerwiec 24, 2012

2 dni w Nowym Jorku z Chris'em Rock'iem

Nareszcie! Doczekaliśmy się polskiej premiery drugiej części "2 dni w Paryżu". Tym razem spędzimy "2 dni w Nowym Jorku" z Chris'em Rockiem. Ja uwielbiam poczucie humoru tego aktora i komika. Premiera filmy już w piątek 29 czerwca.


Mroczny Rycesz powstaje

"Mroczny Rycesz powstaje" i zagadka śmierci Batmana 

W USA zbliża się premiera kolejnej części filmu o przygodach Batmana. "Mroczny Rycesz powstaje" ma amerykańską premierę 20 lipca, a w Polsce do kin trafi 27 lipca.  Krążą plotki, że to w tej części Batman. Czy faktycznie zamierzają uśmiercić najbardziej kasowego, komiksowego bohatera wszech czasów? O opinię zapytałam krytyka filmów, bardzo dobrze znanego moim stałym Czytelnikom, Łukasza Skotnicznego. 

Łukasz Skotniczny 

Czy Christopher Nolan uśmierci Batmana w swoim najnowszym filmie „Mroczny Rycerz powstaje”? Wiele wskazuje na to, że taki scenariusz jest prawdopodobny. Mówiąc dokładniej, reżyser nie uśmierciłby samego Batmana, ale Bruce’a Wayne’a. Pierwszym powodem takiego przypuszczenia może być fakt, iż jest to ostatnia część trylogii przygód człowieka nietoperza w ujęciu twórcy „Incepcji”. Tym samym Nolan mógłby sobie zapewnić, że nikt nie będzie kontynuował jego trylogii. 
W pierwszym zwiastunie najnowszej części przygód Batmana słyszymy, jak Ra's Al Ghul mówi o staniu się czymś więcej niż tylko człowiekiem. O staniu się legendą. W tym wypadku śmierć Wayne’a mogłaby pomóc w zyskaniu nieśmiertelności przez Batmana. Sam Bruce by zginął, lecz jego dzieło kontynuowałby ktoś inny. Kto? Do tego dojdziemy za chwilkę. W komiksie „Knightfall” Bane (główny shwarzcharakter „Mrocznego Rycerza Powstaje”) złamał człowiekowi nietoperzowi kręgosłup, po czym rolę mściciela w masce przejął Nightwing. Oryginalnym Nighwingiem jest Dick Grayson, czyli pierwszy Robin. Jednak jest to wątpliwe, aby Nolan wprowadził postać Nightwinga. Więc w takim razie kto może zastąpić Bruce’a Weyne’a w roli mściciela w masce? Wielką niewiadomą jest postać Johna Blake’a. Nie występował on w komiksach. Być może będzie on pomagał Batmanowi w pokonaniu Bane’a i wówczas nabędzie umiejętności człowieka nietoperza i na końcu sam stanie się mścicielem w masce. W trzecim zwiastunie jest moment, kiedy tytułowy bohater stoi na szczycie jednego wieżowca i patrzy się na wschód słońca nad Ghotam. Możliwe, że jest to scena końcowa, po "burzy", jaką miastu sprezentował Bane. Pytanie tylko, jaki Batman stoi na tym wieżowcu. Czy jest to dalej Bruce, czy może ktoś inny? O
tym przekonamy się już w lipcu.

Najnowszy zwiastun "The Dark Knight rises"



Porażka programów - reality show ...ciąg dalszy

Porażka programów - reality show ...ciąg dalszy 

Czy po moim wczorajszym wpisie jesteście ciekawi, kto zdobył moim zdaniem tytuł - najgorszego reality show w historii telewizji?  A może komuś z was się udało zgadnąć? Za moment się przekonacie.

Na rozgrzewkę przybliżę wam kilka nazwisk muzycznego show-biznesu: 50 Cent, Alicia Keys, Fabolous, Jim Jones, Swizz Beatz, Mashonda, Olivia.Pewnie nie ma wśród was osoby, która by nie znała rapperów 50 Cent, Fabolous czy Jim Jones oraz piosenkarki Alicia Keys. Jednak niewiele osób kojarzy, kim jest Mashonda, Olivia czy Swizz Beatz. Wiosną tego roku amerykańska telewizja VH1 postarała się o to, by cały świat poznał te osoby od najgorszej strony.

Wszystkie wymienione osoby przez mnie bezpośrednio lub pośrednio zostały wplątane w kontrowersyjny reality show. W zapowiedziach telewizji ten program miał pokazać fanom muzyki prawdziwe realia pracy w muzycznym show-biznesie. Miał otworzyć oczy ludziom, że ta praca to nie tylko chodzenie na imprezy i zabawa z seksownymi dziewczynami, ale po prostu ciężka praca. 

Niestety twórcy "Love&Hip-Hop" nie dotrzymali żadnej obietnicy. Ten program nie tylko nie pomógł osobom występującym w programie (bo przecież miał być ich dobrą promocją), ale im bardzo zaszkodził, a nawet zrujnował pewne sfery życia. A co gorsze program wymknął się spod kontroli i przeszedł do prawdziwego życia gwiazd, wywołując kolejne skandale. 

Program opowiadany był oczami kobiet związanych z hip-hopem: Mashonda - była żona producenta i rappera Swizz Beatz, obecnego męża Alicia Keys; Olivia - była ulubienica 50 Cent i pierwsza kobieta jego grupy G-Unit;  Chrissy Lampkin - długoletnia dziewczyna rappera Jim Jones; Emily Bustamante - dziewczyna i matka dziecka rappera Fabolous; Somaya “Boss” Reece - początkująca rapperka. 

W 10 epizodach, zamiast prezentacji bohaterów  i ich muzycznych zajęć (które były wrzucone nie na 2 czy 3 plan, ale na końcowy), widzimy grupę rozkapryszonych, narzekających, zakompleksionych, fałszywych, złośliwych i zazdrosnych kobiet. Bohaterki zajmują się intrygami i dodawaniem kłopotów innym oraz zwyczajnie praniem prywatnych brudów.

I tak słuchamy jak to Olivia została źle potraktowana przez 50 Cent i jej kariera została zatracona, a przecież ona tak mocno kocha śpiewać. Patrząc na jej naiwne zachowanie, aż ma się ochotę polecieć do Stanów i sprać ją po tyłku jak małe nieposłuszne dziecko (nie, nie popieram bicia dzieci, ale tej pani by się przydało). Oglądając Olivia nie dowierzałam, że ta 30-letnia kobieta to ta sama pełna energii i optymizmu oraz życzliwości piosenkarka, która w 2001 roku zachwyciła mnie oryginalnością na swojej debiutanckiej płycie i podbiła listy singlem "Bizounce". W przypadku Olivia na narzekaniu się nie kończy. Wokalistka upadła tak nisko, że wdała się w intrygę i donosicielstwo. Jasno pokazała, że mimo dorosłego wieku nie ma odwagi rozwiązywać problemów. Jeśli to co zaprezentowała fanom Olivia to jest prawdziwa ona, mogę rzec spokojnie, że popieram 50 Cent i dziwię się, że nie wyrzucił jej z G-unit wcześniej. Olivia ma tak poprzewracane priorytety życiowe, iż nie jestem już zaskoczona, iż jedyny album jaki wydała to debiut 10 lat temu. Mając taki charakter, nie jest w stanie skupić się na muzyce. Ją interesują inne rzeczy, a jej zapewnianie o miłości do śpiewania to mydlenie ludziom oczu. A wielka szkoda, bo Olivia ma piękny głos i zawsze to strata jak czyjś talent się zmarnuje.

Podobnie jak Olivia, Chrissy Lampkin i Emily Bustamante głównie skupiły się na narzekaniu. Z drobną różnicą Chrissy i Emily żalą się nie na brak kariery, lecz na sercowe trudności z partnerami. Chrissy ma żal do Jim Jones, że mimo 8 lat związku nadal nie jest jego żoną. Niestety Jim Jones nie wyszedł z twarzą z tego programu. Pokazał, że mimo 35 lat jest typowym synkiem mamusi. Mama rappera także występuje w programie i nie ukrywa swojej niechęci do Chrissy. Wielkim minusem dla Jim Jones było okazywanie lekceważenia nie tylko dla Chrissy, ale rówież dla swojego psa. Fani mogą jeszcze zrozumieć, że Jim nie chce ślubu. Jednak traktowanie zwierzaka przedmiotowo już mu nie ujdzie na sucho.

Emily Bustamante ma za złe Fabolous fakt, że ją ukrywa przed światem, nie pokazuje się z nią na imprezach i nie opowiada publicznie, że ma dziewczynę i dziecko. Tu mogłabym powiedzieć Emily ciekawostkę, o której zapewne nie wiedziała biorąc udział w tym programie - fani to nie idioci. Fani wiedzą, że każdy artysta ma zwyczajne życie, rodzinę i ma do tego prawo. Jej problem polegał na tym, że chciała być po prostu celebrytką u boku znanego rappera. Od tego chciała zacząć swoją karierę.

Rapperka Somaya “Boss” Reece znalazła się w programie po to, by zaistnieć. Chciała pokazać, że potrafi rappować. Jak można się domyśleć, nie pokazała swojego talentu muzycznego. W programie to ona jest bohaterką największych zamieszań. To wokół niej skoncentrowała się wojna kobiet. Somaya miała współpracować z Jim Jones. Chrissy poczuła się zazdrosna. Tym sposobem przez resztę odcinków są kłótnie, wrzaski, przekleństwa, wyzwiska i nawet rękoczyny. Wychodzą kolejne nieporozumienia i brudy.

Warto dodać, że tylko jedna bohaterka w trakcie nagrywania programu "skapnęła się", co jest grane i szybko wycofała się z programu, mówiąc po jego emisji otwarcie, że żałuje wzięcia w nim udziału - Mashonda. Dobrze, że się ocknęła, lecz szkoda, że tak późno. Świat już pooglądał jej użalanie się nad sobą i ponowne wyklinanie (bo już robiła to w programach radiowych i gazetach) Alicia Keys za to, że odbiła jej męża i Swizz Beatz za opuszczenie jej i dzieci. W programie widziany jej zaniedbany, opuszczony dom, w którym jeszcze niedawno mieszkała wspólnie z Swizz a obecnie stojący na sprzedaż. W 2005 roku Dziś 30-letnia Mashonda wydając swój debiut "January Joy" (jedyny album jak na razie) udowodniła, że ma talent wokalny i wierzę, że po nauczce występu w "Love&Hip-Hop" znajdzie odpowiednie dla siebie miejsce w show-biznesie.

Tego co przedstawił program nie da się naprawić. Za dużo się wylało. Twórcy programu są zadowoleni z oglądalności. Skandale zawsze przyciągają widzów. Stacja zarobiła miliony dolarów. Tylko to nie twórcy zapłacili cenę występu w tym programie, a bohaterzy.

Pisałam, że program miał kontynuację w prawdziwym życiu i wymknął się spod kontroli. Po emisji programu Fabolous rozstał się z Emily. Olivia weszła w internetową wojnę z Somaya, w której jeszcze mocniej się pogrążyła. Związek Jim Jones też zawisł na włosku. 

Czy było warto brać udział w programie chcącym zbić fortunę nie na realiach hip-hop, a na osobistych problemach gwiazd? To wiedzą najlepiej gwiazdy "Love&Hip-Hop".




A to jeden z utworów Mashonda



Porażka programów - reality show


Porażka programów - reality show 

Od kilku lat telewizje na całym świecie zalewają nas programami reality show. A to łowią talenty (X-Factor, Idol, Mam talent) i modelki (Top Model), ubierają (Trinny and Susannah), doradzają jak gotować i rozkrecić restaurację (Kuchenne rewolucje) czy przekonują, że każdy potrafi wywijać akrobacje na parkiecie (Taniec z gwiazdami). Obecnie różnorodnych programów reality show jest tak wiele, że trudno je wszystkie wymienić, a co dopiero oglądnąć (choćby jeden odcinek po ty tylko, by mieć własne zdanie). W tym przypadku jednak spokojnie mogę powiedzieć, że nie żałuję.

Jak do tej pory tylko i wyłącznie jedno reality show sprawiło, że z przyjemności je oglądałam w całości (to ważne spostrzeżenie) i czekam na sezon 2. Zgadnijcie jakie? Nie wiecie? Dobrze, zdradzę wam - The Braxton Family Values. Pozostałe programy gdzieś tak po drodze widziałam i niestety najcześniej przewijałam albo zwyczajnie wyłączałam. Nie oglądałam ani wszystkich sezonów, ani wszystkich odcinków. Mogłabym na ten temat pisać więcej, ale dziś nie o moich przygodach z liczeniem czasu, ile wytrzymam oglądając reality show.

Dziś o największej porażce telewizyjnej przy produkowaniu reality show. I zaskoczę was. Moim zdaniem wcale największą porażką nie jest ani reality show z udziałem Paris Hilton (The World According to Paris) czy Aubrey O'Day (wokalistka z grupy dziś nieistniejącej Danity Kane) - All about Aubrey. Zaskoczeni? Bo czy może być coś jeszcze gorszego od rozrywkowego, imprezowego życia Paris Hilton i jej narzekania, jakie to ciężkie jest życie dziedziczki fortuny (niestety Aubrey O'Day nie jest daleko w tyle za Paris z poglądami na życie)? Uwierzcie, że może. 

Gdy w internecie zaczęły się zapowiedzi, że telewizja szykuje taki program. Pomyślałam "to będzie to coś, na co czekam od lat". Tak się nie stało. Choć program zdobył milionową widownię i będzie kolejny sezon, to mnie nie będzie przed telewizorem wśród fanów tego reality show. Dlaczego nie i jaki to program reality show? Jesteście ciekawi? Zdradzę wam to niebawem.



Zapomniane gwiazdy kina



Zapomniane gwiazdy kina

Talent, a może uroda? Może jedno i drugie? Co jest gwarancją na to, aby stać się gwiazdą filmową? Pojawiać się na pierwszych stronach gazet i być ciągle na ustach wszystkich? 

Wielu aktorów miało niezwykły potencjał, żeby zdobyć miano gwiazdy i w sumie byli gwiazdami, lecz świecili bardzo krótko. Mieli swoje pięć minut i nagle znikli. Przestało się o nich pisać i mówić. Ludzie o nich zapomnieli. Dlaczego tak się stało? Zapewne przyczyn może być wiele. Przyjrzyjmy się kilku aktorom i aktorkom, których spotkał taki los.

Jednym z najlepszych przykładów zmarnowanego potencjału jest dziś 35-letni Edward Furlong. W wieku 13 lat wystąpił w jednym z największych hitów kina Sci- Fi, „Terminatorze 2”. Dzięki temu stał się idolem nastolatków, bo który chłopak nie chciałby mieć własnego terminatora, jeździć na motorze czy brać udziału w misji ratowania świata przed wojną z maszynami? W 1994 roku znaczący był występ Furlonga w kultowym teledysku Aerosmith „Livin’ on the Edge”. Młody Furlong miał przed sobą wielką karierę, gdyż widać było, że aktorstwo ma we krwi. Niestety po „Terminatorze 2” zaginął o nim słuch. Przez kolejne 6 lat nie zagrał już w żadnym ciekawym filmie. Aktor przypomniał o sobie jeszcze w 1998 roku występując obok Edwarda Nortona w „Więźniu nienawiści”. Odegrał bardzo dobrą rolę, nie ustępując w niczym samemu Nortonowi. Obraz zyskał wielkie uznanie wśród widzów. Wydawać by się mogło, że dzięki dobrej roli kolejne przyjdą bardzo szybko, lecz stało się inaczej. Furlong nie zagrał już później w niczym, co by mogło z niego zrobić ponownie gwiazdę. Aktor nie potrafił dobrze wybierać swoich ról, przez co najwyraźniej zmarnował swój potencjał.

Alicia Silverstone, piękna, młoda i zdolna. W latach 90 dzięki takim filmom, jak „Opiekunka” „Słodkie zmartwienia” stała się jedną z najbardziej obiecujących aktorek młodego pokolenia. Wystąpiła nawet w teledyskach popularnej grupy rockowej Aerosmith, co przyniosło jej wielką popularność. Zyskała sobie również przychylność prasy i wydawało się, że jej kariera podąża w świetnym kierunku. Przyszedł jednak rok 1997.  Alicia wystąpiła w uważanym za jeden z najgorszych obrazów w historii kina -  „Batmanie i Robinie”. Na aktorkę spadła fala krytyki. Za swoją rolę Batgirl otrzymała Złotą Malinę. Ponadto w tym samym roku wystąpiła w innym filmie, który prasa również mocno Skrytykowała - „Nadbagaż”. Za ten film Alicia otrzymała nominację do Złotej Maliny. W następnych latach sława aktorki stopniowo malała, a sama Alicia zaczęła występować w mniejszych produkcjach. Być może dziś 36-letnia Silverstone nie potrafiła się już podnieść po swoich porażkach z roku 97 i tak oto jej gwiazda zgasła.

41-letnia Winona Ryder zapewne na stałe wpisała się w kanony kina, lecz również znikła z pierwszych stron gazet. Aktorka swój talent pokazywała wielokrotnie. Zagrała w kilku niezwykle popularnych filmach jak: „Drakula”, „Syreny” „Przerwana lekcja muzyki”, „Edward Nożycoręki”. Wygrała również Złoty Glob za najlepszą rolę drugoplanową w filmie „Wiek niewinności”, za który również zdobyła jedną z dwóch nominacji do Oscara (druga za „Małe kobitki”). Lata 90. były dla aktorki złotymi czasami. W minionej dekadzie niestety nie było już tak różowo. Została skrytykowana za swój występ w „Miłości w Nowym Jorku” za co otrzymała nominację do Złotej Maliny. Podobnie było w przypadku „Mr. Deeds - Milioner z przypadku”. Później aktorka niemal zapadła się pod ziemię. Kilka mało istotnych produkcji i świat filmu przestał się nią interesować. Być może los Winony odwróci się dzięki Darrenowi Aronofskiemu, u którego aktorka wystąpiła w „Czarnym łabędzi”. Obraz uzyskal duże uznanie wśród krytyków oraz widzów, a publiczność dowiedziała się, że Ryder wciąż gra w filmach.

Kolejnym przykładem niewykorzystanego potencjału na gwiazdę (chociaż w tym przypadku być może i na legendę kina) jest Haley Joel Osment. Po raz pierwszy swój talent ukazał już w wieku 6 lat, kiedy to wystąpił w epizodycznej roli w arcydziele Roberta Zemeckisa „Forrest Gump”. Jego rola była niewielka, lecz kilkuletni aktor wykazał się naturalnością i swobodą, dzięki czemu został pochwalony przez prasę. W następnych latach zagrał m.in. w filmie „Bogus mój przyjaciel na niby”, gdzie również wykazał się swoimi umiejętnościami. Prawdziwy triumf młodego aktora przyszedł w roku 1999. Osment wystąpił wówczas u boku Bruce’a Willisa w słynnym thrillerze „Szósty zmysł”. Rolą w tym obrazie zachwycił publiczność i media na całym świecie. Wykazał się niespotykanym talentem i wrażliwością. Za występ w tym filmie otrzymał nominację do Oscara oraz Złotego Globu, a słowa, które wypowiedział na ekranie „I see dead people” stały się jedną z najsłynniejszych kwestii w historii kina. W 2001 roku potwierdził swój talent rolą w produkcji Stevena Spielberga „A.I. Sztuczna inteligencja”. Później powoli zaczął znikać ze świata filmu, a obecnie publiczność o nim już chyba nie pamięta. Problemem Osmenta być może był młody wiek. Wielu aktorów, którzy zaczynają bardzo wcześnie swoją karierę i uzyskują sławę już jako dziecko, nie potrafi wejść w dorosłość i w ten sposób kończy się ich przygoda z kinem. Z drugiej strony Osment jest wciąż młody (24 lata), dlatego ma jeszcze szanse do powrotu na duży ekran. Pytanie brzmi, czy wciąż ma talent do aktorstwa i czy będzie go potrafił wykorzystać? Obecnie rodzinna tradycję aktorską Osmentów kontynuuje jego o 4 lata młodszej siostra  Emily znana głównie z serii Hannah Montana. 

Dawno, dawno temu, w odległej galaktyce… a może nie tak dawno, bo w ubiegłej dekadzie i nie tak daleko, bo w naszym świecie, ludzie usłyszeli o Haydenie Christensenie. Hayden stał się sławny dzięki w roli Anakina Skywalkera w „Gwiezdnych wojnach” Atak klonów”. Niestety był to występ bardzo słaby, za który otrzymał Złotą Malinę. Pomimo krytyki jego sława rosła w siłę i apogeum osiągnęła w 2005 roku. Wówczas miejsce miała premiera trzeciej części „Gwiezdnych wojen”. W kolejnych latach jego sława powoli dobiegała końca. Ostatnim filmem, który jest znany szerszej publiczności, gdzie mogliśmy oglądać Chrstensena jest „Jumper”. Aktor wcielił się tam w postać chłopaka, który odkrywa w sobie zdolności teleportacji. Krótko po tej produkcji Hayden znika z pierwszych stron gazet. Co się z nim stało? Można wierzyć, że stał się ofiarą klątwy „Gwiezdnych wojen”, bowiem aktorzy ze starej trylogii, poza H. Fordem nie zrobili kariery w Hollywood. Mark Hamill (Luke Skywalker) czy Carrie Fisher (Księżniczka Leia) już zawsze będą kojarzeni tylko i wyłącznie z sagą Georga Lucasa. Czy taki los spotka również 31-letniego Christensena? 

Dziś 40-letni Wentworth Miller bardzo szybko zyskał wielką popularność wśród widzów. Wszystko za sprawą serialu „Skazany na śmierć”, w którym wcielił się w postać człowieka starającego się uwolnić brata z więzienia. Popularność Millera była chyba uzależniona od popularności serialu. Aktor był na szczycie, wówczas gdy „Skazany na śmierć” był jednym z najchętniej oglądanych seriali. Jego sława zaczęła maleć wprost proporcjonalnie do popularności produkcji. Wraz z zakończeniem „Skazanego na śmierć” zakończyła się również kariera Millera. Mimo że aktor dalej występuje w filmach, są to raczej produkcje niższej klasy, a i samym Millerem gazety przestały się już interesować. Wygląda na to, że Miller był gwiazdą jednego show.

Dziś 47-letnia Sherrilyn Fenn na początku lat 90. była uważana za symbol seksu. Znalazła się na liście najpiękniejszych kobiet świata według magazynu People, a jej talent aktorski zafascynował samego Davida Lyncha. To właśnie dzięki twórcy „Blue Velvet” Fenn zabłysnęła w świecie filmu, a właściwie serialu. Aktorka otrzymała rolę od Lyncha w „Miasteczku Twin Peaks”, dzięki czemu stała się jedną z najbardziej popularnych i pożądanych kobiet świata. Później wystąpiła również w „Dzikości serca” Lyncha, który najwyraźniej był fanem talentu Fenn. Jednak, kiedy twórca „Głowy do wycierania” w 1992 roku zaproponował aktorce rolę w prequelu „Miasteczka Twin Peaks” ta jednak odmówiła i być może to był jej błąd. Gwiazda Fenn powoli zaczęła blaknąć, aż w końcu zgasła całkowicie. Sherrilyn w następnych latach grywała już w produkcjach nieprzynoszących jej uznania ani popularności. Wystąpiła jeszcze gościnie w kilku serialach („Przyjaciele”, Dr. House”), lecz to było raczej za mało, aby przywrócić jej dawny blask. Sherilyn Fenn najwyraźniej nigdy nie była tak dużą gwiazdą, aby móc odrzucić rolę takiego reżysera jak Lynch. Kto wie, jakby potoczyła się jej kariera, gdyby w 1992 roku podjęła inną decyzję.


Jak widać, utrzymać się na szczycie sławy jest niezwykle trudnym zadaniem. Aktorzy potrzebują wiele siły i rozwagi w podejmowaniu decyzji, aby utrzymać się w biznesie filmowym. Najważniejsze jest, aby mądrze dobierali swoje role i nie przejmowali się zbytnio krytyką w ich kierunku. Współcześnie jest również wiele postaci światowego kina świecących obecnie jasnym blaskiem. Czy utrzymają się w tym blasku? Czy może podzielą los wyżej opisanych sław z minionych lat? Tego nie wiemy. Możemy mieć jedynie nadzieję, że w swojej karierze nie będą popełniać błędów.

Autor: Łukasz Skotniczny 


Młodzi i zdolni, czyli kto jest nadzieją kina



Młodzi i zdolni, czyli kto jest nadzieją kina 

Kto jest świeżym powiewem talentu aktorskiego? 
Kto ma szansę dorównać obecnym sławom kina? 
Kto z młodego pokolenia aktorow najmocniej zachwycił widzów? 
Zapytałam o to Łukasza Skotnicznego.


Podstawą do nakręcenia dobrego filmy jest reżyser. Drugie miejsce zajmuje ciekawy scenariusz, bo bez niego ani rusz. Mimo wszystko niezwykle ważną rolę przy produkcji filmów odkrywa aktorstwo. Aktorowi na pewno nie uda się zrobić z filmu arcydzieła, ale może urozmaicić on obraz, sprawić że nawet słaba produkcja zostanie zapamiętana. Może i znakomity film nie potrzebuje rewelacyjnych aktorów, ale czy ktoś może sobie wyobrazić „Ojca Chrzestnego” bez perfekcyjnej gry Marlona Brando? Albo „Wściekłego byka” bez Roberta De Niro? Zapewne oba te obrazy bez wybitnych ról pozostałyby arcydziełami, ale na pewno straciłyby nieco na jakości. Już od najwcześniejszych lat aktorzy zachwycali swoim talentem. Niektórzy z nich dzięki brawurowej grze doprowadzali do smutku, radości, czy też przyprawiali o zdenerwowanie widzów. Charles Chaplin, Ingrid Bergman, Marlon Brando, Bette Davis, wiele wybitnych postaci kina już odeszło z tego świata. Robert De Niro, Meryl Streep, Al Pacino nie będą grać wiecznie. Również pokolenie takich aktorów, jak Kate Winslet, Brad Pit, czy też Leonardo DiCaprio kiedyś przeminie. Czy są w takim razie godni następcy tych legend kina? Aktorzy młodzi, którzy mogą swoim talentem zachwycić kolejne pokolenia kinomanów? Odpowiedź na to pytanie jest pozytywna, bowiem zarówna u mężczyzn, jak i u kobiet przez ostatnie kilka lat pojawiły się ciekawe pełne talentu młode twarze.

Zacznijmy od aktora, który w ostatnich kilku latach zyskał sławę dzięki występom w trylogii „Transformers”. Postać grana przez Shie LaBeoufa była jednym z największych plusów produkcji Michaela Baya. Rola Sama Witwicky’ego, zakompleksionego, niepewnego siebie nastolatka przypadła młodemu aktorowi do gustu. Widać w każdym pojedynczym ujęciu. LaBeouf był naprawdę zabawny, znakomicie odnajdywał się w każdej odegranej scenie. Dzięki tej roli młody chłopak zyskał uznanie zarówno wśród widzów, jak i producentów filmowych. Przez to na kolejne obrazy z jego udziałem nie trzeba było długo czekać. Dzięki swoim umiejętnościom dostał role nawet u Spielberga w czwartej części przygód samego Indiany Jonesa. Aktor jest chyba stworzony do roli nieco komicznych postaci. Jednak potrafi również z bardzo dobrym skutkiem zagrać w dramacie. Zanim zyskał sławę dzięki serii „Transformers” wystąpił w mało znanym filmie „Wszyscy twoi święci”. Wciela się w nim w postać Dito, młodzieńca, który żyje w mieście pełnym przemocy. Ma rodzinę i przyjaciół, którzy kształtują jego charakter, jednak chłopak dusi się w tym otoczeniu. Pragnie uciec z miejsca zamieszkania, ponieważ jest ono dla niego zbyt brutalne, ponadto chce również w życiu coś osiągnąć. Wszystkiemu niestety sprzeciwia się ojciec. Uważa on bowiem, że miejsce syna jest przy rodzicu. LaBeouf na wysokim poziomie ukazuje cierpienie swojego bohatera. Nie jest ono przerysowane, jest autentyczne. Z jednej strony są przyjaciele i rodzina, z drugiej być może nowe życie w lepszym miejscu. Z takimi dylematami musi poradzić sobie Dito, taką postać udanie odgrywa LaBeouf. To właśnie gwiazda „Transformers” jest tutaj numerem jeden jeśli chodzi o aktorstwo, wyprzedzając samego Roberta Downeya Jr. Spotkałem się już z opiniami, że to właśnie LaBeouf ma największe szanse w przyszłości zastąpić takich aktorów, jak Brad Pitt, czy Edward Norton. Czy największe z pośród wszystkich aktorów? Tego nie wiem, ale mam nadzieję, że mu się to uda.

W 2010 roku David Fincher dzięki swojemu świetnemu „The Social Network” ukazał szerszej publiczności talent dwóch ciekawie zapowiadających się aktorów. Pierwszym z nich jest Jesse Eisenberg w roli twórcy Facebooka, Marka Zuckenberga. Mark jest postacią z ponadprzeciętną inteligencją. Tacy ludzie mają problemy z akceptacją przez społeczeństwo i nie inaczej jest przypadku fincherowego Zuckenberga. Już na samym początku bohater zostaje rzucony przez swoją dziewczynę. Na ich ostatnim spotkaniu widać, że Mark ma problemy z rozmowami z rówieśnikami. Ale to właśnie brak i potrzeba akceptacji motywuje go do założenia jednego z najpopularniejszych portali internetowych. Eisenberg w swojej roli jest wręcz perfekcyjny. Przez cały czas gra z jedną niemal psychopatyczną miną. Nawet, gdy wypływa z niego potok słów nie widać grymasu na jego twarzy. Eisenberg jest, jak maszyna, która strzela słowami, ale nie okazuje przy tym emocji. Nagrodą za tak dobrą rolę były oczywiście nominacje do Oscara, Złotego Globu oraz BAFTY. Co prawda aktor nie zdobył żadnej ze statuetek, jednak gdyby mu się to udało, zapewne nikt by się temu nie sprzeciwił.

Drugim aktorem zasługującym na uwagę jest oczywiście Andrew Garfield. Niestety, ale nie miał on tak ciekawej postaci jak jego kolega z planu, mimo to wykazał się dużymi umiejętnościami. Garfield wciela się w postać współzałożyciela facebooka Eduardo Saverina. Chłopak też jest inteligentny, ale już nie tak, jak Zuckenberg. W przeciwieństwie do Marka nie ma on problemów z kontaktami z rówieśnikami oraz z wyrażaniem swoich emocji. Dzięki temu właśnie Garfield wykazuje się w filmie. Po za tym Garfield już wcześniej pokazał, że ma talent do aktorstwa w filmie „Boy A”. Za rolę w tym obrazie otrzymał nagrodę BAFTA, dla najlepszego aktora telewizyjnego. Natomiast nominacje do Złotego Globu i BAFTA za „The Social Network” mogą tylko utwierdzić w przekonaniu, że chłopak ma wielkie szanse zostania aktorem pokroju Leonarda DiCaprio, czy też Brada Pitta.

Ryan Gosling mimo młodego wieku zyskał już wielkie uznanie na świecie, jako aktor. Po raz pierwszy swój wielki talent pokazał w 2001 roku w „Fanatyku” Henry’ego Beana, gdzie wcielił się w postać antysemity, który sam jest Żydem. Później wystąpił m.in. w „Pamiętniku” i „Blue Valentine”. Lecz chyba najbardziej udanym rokiem dla aktora był 2011. Gosling zagrał wtedy dwie świetne role, w „Idach marcowych” i „Drive”. Zwłaszcza w obrazie Nicolasa Windinga Refna wykazał się nieprzeciętnym talentem. Gosling bardzo udanie ukazał w granej przez siebie postaci dwa odmienne charaktery. Z jednej strony dobry, miły, opiekuńczy dla swojej ukochanej. Z drugiej strony, gdy chodzi o bezpieczeństwo dziewczyny zmienia się prawdziwą bestię, dla tych, którzy chcą ją skrzywdzić. Gosling momenty pełne gniewu i agresji odegrał tak, że nadal można było zobaczyć w nim tego miłego i opiekuńczego chłopaka. Do czegoś takiego potrzebne są spore umiejętności. Oprócz tych dwóch obrazów aktor w 2011 roku pokazał się z dobrej strony również w komedii „Kocha, lubi, szanuje”, za co został nominowany do Złotego Globu. Obecnie trwają pracę nad kolejnym filmem Refina, w którym główną rolę zagra właśnie Gosling. Czyżby szykował nam się duet na miarę Scorsese-De Niro?

Goseph Gordon Levitt, ten aktor ma chyba już zagwarantowaną wielką karierę w Hollywood. Po raz pierwszy jego zdolności aktorskie zauważyłem w „500 dni miłości” i już wtedy pomyślałem sobie, że ten chłopak ma przed sobą przyszłość. Na wielki sukces nie trzeba było długo czekać. W 2010 roku wystąpił bowiem w megahicie „Incepcja”, dzięki której wybił się na sam szczyt aktorskiej piramidy. Na ekranie widać jego dojrzałość, doświadczenie i pewność siebie. Swoją rolą przewyższył chyba nawet samego DiCaprio. Patrzenie, jak Levitt porusza się na ekranie było czystą przyjemnością. W 2011 roku wystąpił w komedio- dramacie „50/50” i po raz kolejny pokazał, że grać w filmach to on potrafi. Czasem rozśmieszał, czasem dołował widzów graną przez siebie postacią. Przy tym wszystkim widać było, jak dobrze bawi się na planie. W 2012 roku wystąpi w trzeciej części Batmana w ujęciu Christophera Nolana. Jestem przekonany, że będzie jednym z najlepszych aktorów, a konkurencje ma dużą.

Jak widać, jeśli chodzi o męską część aktorów jest kilka twarzy, które mają szansę przejść do historii kina. A jak jest w takim razie z paniami? Przyznam szczerze, że chyba jeszcze lepiej. W ostatnich kilku latach pojawiło się sporo niezwykle ciekawych aktorek. Ja postaram się wybrać kilka, które już
powinny być znane szerszej publiczności.

W 2010 roku Akademia Filmowa popełniła być może jeden z największych błędów w swojej historii przyznając Oscara dla najlepszej aktorki Sandrze Bullock. Nigdy nie zrozumiem, jakim cudem statuetki nie otrzymała Carey Mulligan, która była o kilka klas lepsza od zwyciężczyni. Mulligan swoją rolą uratowała nieco nudnawy obraz „Była sobie dziewczyna”. Na scenie poruszała się z gracją samej Audrey Hepburn. Aktorka ma niezwykły wdzięk, który możemy zobaczyć w każdym filmie z jej udziałem. Wszystkie postacie, jakie do tej pory zagrała mają charakter i urok, które Mulligan bez większych problemów im nadaje. Nic dziwnego, że została ona nazwana nową Audrey Hepburn. Mam nadzieję, że Hollywood nie zmarnuje takiego potencjału.

W 2007 roku powstały dwa wielkie obrazy amerykańskiego kina, które były na ustach wszystkich widzów i krytyków z całego świata. Chodzi mi oczywiście o „To nie jest kraj dla starych ludzi” oraz „Aż poleje się krew”. Oprócz dwóch tak zacnych dzieł, na ustach krytyków i widzów była również młodziutka Ellen Page, a szczególnie jej rola w komedii „Juno”. Page ma w sobie coś, co pozwala jej
wyjść z dobrym skutkiem niemal z każdej roli. Szczególnie dobrze jej wychodzą role postaci nieco zwariowanych i zakręconych. Taką właśnie gra w „Juno”. Aktorka ma spory dystans do siebie i świetnie to wykorzystuje na ekranie. Przy tym ma charyzmę i niesamowitą osobowość. Jest odważna i ma niezwykle silny charakter, przynajmniej tak wygląda na ekranie. Ma zaledwie 23 lata, a już na swoje konto może zapisać nominację do Oscara, Złotego Globu oraz Bafty.

Podobną charyzmę i dystans do siebie ma Emma Stone. Aktorka znana jest głównie z komedii młodzieżowych, ale przynajmniej takich, które można obejrzeć bez chęci popełnienia samobójstwa. Przełomem w jej karierze była rola w „Łatwej dziewczynie”. Jest to oczywiście komedia dla młodzieży. Zabawna, przyjemna, prosta. Mimo to, Stone potrafiła zagrać w niej tak dobrze i ciekawie, że aż dostała nominację do Złotego Globu! Jak często się zdarza, aby aktorzy prostych komedii dla młodzieży zdobywali nominację w tak prestiżowych nagrodach? Chyba rzadziej niż zwycięstwa w lotto. Podobnie, jak Page jest odważna i pewna siebie. Widać, ze aktorstwo ma we krwi. I nawet, jeśli przez większość kariery będzie występować w produkcjach pokroju „Łatwej dziewczyny” to i tak osiągnie uznanie w biznesie filmowym. A przynajmniej ja w to wierzę.

W 2011 roku, kiedy to Oscara dla najlepszej aktorki odebrała Natalie Portman, z jednej strony byłem
zadowolony, gdyż gwiazda „Czarnego łabędzia” zagrała naprawdę dobrze, jednak z drugiej było mi nieco szkoda młodziutkiej Jennifer Lawrence. Nie była ona słabsza od słynniejszej koleżanki po fachu. Na nagrodę moim zdaniem zasłużyła sobie równie mocno, jak Portman. W „Do szpiku kości” zagrała postać młodej dziewczyny. Niezwykle silnej dziewczyny, która wykonywała robotę dorosłych nie tylko kobiet, ale i mężczyzn. I właśnie Lawrence taka była. Silna. Na ekranie nie było widać nowicjusza, a raczej człowieka z wielkim doświadczeniem w swojej profesji. Ze wszystkich aktorów i aktorek, które tutaj podałem, jako nadzieje kina, Lawrence jest najmniej medialna, najmniej komercyjna. Nominację do Oscara nie zdobyła dzięki swojej popularności albo popularności filmu. Akademia doceniła ją tylko i wyłącznie za talent. Obraz „Do szpiku kości” był filmem niszowym, a takie rzadko zdobywają przychylność Akademii. Mam wielkie nadzieje, że ta aktorka kiedyś otrzyma Oscara.

W poprzednim roku Michelle Williams dokonała rzeczy niezwykłej. Potrafiła tak wcielić się w odgrywaną przez siebie postać Marylin Monroe, że trudno byłą ją odróżnić od oryginału. Co więcej Williams nie urodziła się do tej roli. Przed udziałem w „Mój tydzień z Marylin” nie przypominała w niczym nieżyjącej już legendy kina. Ona po prostu ma tak wielki talent, ze potrafiła ją tak dobrze odegrać. Na ekranie pokazała tak dużą klasę, że czasami można było pomyśleć, że Monroe żyje. Ruchy, gesty, każde spojrzenie oraz uśmiech wyglądały, jak zdjęte z gwiazdy „Pół żartem, Pół serio”.
Otrzymała nominację do Oscara, lecz niestety przegrała z legendarną Meryl Streep, od której moim zdaniem była lepsza. Nie była to jej pierwsza nominacja. Już w 2006 roku miała możliwość zdobycia statuetki za rolę w filmie „Tajemnica Brokeback Mountain”. Również jej się nie udało, ale jestem dobrej myśli, ponieważ przy tej aktorce widać progres. Jej umiejętności jeszcze rosną i jestem przekonany, że stanie się wielką postacią kina.

Chociaż jest jeszcze kilka ciekawych aktorek wspomnę jeszcze tylko o jednej. A mianowicie o Mili Kunis. Jeśli chodzi o tą panią, to najbardziej ją kojarzyłem z serialu animowanego „Głowa rodziny”. Podkłada tam głos pod jedną z bohaterek. Spisuje się znakomicie, ale jednak to nie jest prawdziwe aktorstwo. Kojarzę ją także z serialu „Różowe lata 70-te” oraz z filmu „Max Payne”. Tymi rolami jednak nie specjalnie zwróciła moją uwagę. Owszem grała poprawnie, lecz nie było to nic ponad przeciętność. Pewnie to, dlatego, ponieważ produkcje, w których wystąpiła nie wymagały od niej zbyt wiele. Dopiero w 2010 roku pokazała swój talent, dzięki roli w „Czarnym łabędziu”. Zagrała tam poukładaną dziewczynę, która jest rywalką głównej bohaterki. Była miła, prowokująca, seksowna i doskonale partnerowała Natalie Portman w tym obrazie. Idealnie wpasowała się w swoją postać. 
Niestety, ale po mimo swojej dobrej roli w produkcji Darrena Aronofsky’ego pani Kunis może się zmarnować. A sama hollywoodzka fabryka snów może jej w tym pomóc. Aktorka zaczynała od filmów rozrywkowym, prostych itd. „Czarny łabędź” może nie był jakoś specjalnie ambitnym obrazem, ale przerastał wcześniejsze produkcje, w których wystąpiła. A co się stało po roli w obrazie
twórcy „Requiem dla snu”? Kunis chyba spoczęła na laurach i znowu wróciła, tam gdzie zaczynała. Występ w kiczowatym „To tylko sex” był chyba błędem. Mogę mieć tylko nadzieję, że jednorazowym. A następne obrazy będą wymagały większego talentu aktorskiego.

Jak widać jest grupka młodych aktorów, którzy mają szanse zastąpić takie legendy jak Meryl Streep czy Al Pacino. Niektórzy z nich już osiągnęli sukces, a mają przed sobą jeszcze sporo czasu na stanie
się legendami. W tym przypadku wiele będzie zależało także od wyborów ról, jakie zechcą odegrać. Nam widzom pozostaje jedynie nadzieja, że będą to wybory, które pozwolą aktorom się rozwinąć, a
nie jedynie zarobić.




Obraz dziennikarzy w filmach


Obraz dziennikarzy w filmach  

Dziennikarstwo to zawód niezwykle ważny we współczesnym świecie. To dzięki dziennikarzom dowiadujemy się najważniejszych informacji ze świata biznesu, polityki, sportu, czy życiacodziennego. To właśnie zaangażowanie i poświęcenie tych ludzi pozwala nam zobaczyć, co się dzieje w miejscach, do których nigdy nie udałoby się nam dotrzeć. Jest wiele opinii o reporterach. Przez niektórych są uważani za osoby niezwykłe, odważne, które wiele poświęcają, aby przekazać nam najświeższe wiadomości. Dla innych to egoiści, kłamcy, ludzie, którzy tylko czekają na jakąś tragedie, czy skandal z udziałem celebrytów, a wszystko z myślą o własnej karierze. Dzięki temu wszystkiemu dziennikarze często pojawiają się w filmach. Od wielu lat filmowcy wykorzystują żurnalistów, jako bohaterów swoich produkcji, przedstawiając ich na różne sposoby. Powstało już wiele obrazów o tym zawodzie. 

Najsłynniejszym jest chyba legendarny, uważany przez Amerykański Instytut Filmowy za najważniejszy film w historii kinematografii „Obywatel Kane”.

„Obywatel Kane” zaczyna się od śmierci tytułowego bohatera- wielkiego magnata prasowego, Charlesa Fostera Kanea (Orson Welles). Pewien reporter, Thompson (William Alland), pisze biografie o Kanie i chce dowiedzieć się, kim albo czym była dla niego tajemnicza różyczka- ostatnie słowo, jakie wypowiedział przed śmiercią. Przypatrując się postaci Thompsona, widzimy bardzo dobry obraz dziennikarza i sposobu jego pracy. Reporter, aby zebrać jak najlepsze i informacje o życiu magnata przeprowadza wywiady z najbliższymi osobami z jego otoczenia. Thompsona nie interesuje to, że najbliżsi Kanea mogą być załamani i mogą nie chcieć w danym momencie rozmawiać o nim. I tak właśnie jest w przypadku drugiej żony magnata. Dziennikarz spotyka ją w barze, nieco pijaną, niepotrafiącą się pogodzić ze śmiercią byłego męża. Mimo to usiłuje ją przekonać do wywiadu. Takie zachowanie może się wydać nieco egoistyczne, ponieważ bohaterka stanowczo chce zostać sama. W końcu jednak reporter otrzymuje to, co chciał. Cała konstrukcja filmu Orsona Wellesa jest stylizowana na reportaż. Zwróćmy uwagę, jak pokazane są wywiady przeprowadzanie przez Thompsona, w których przenosimy się w retrospekcje bohaterów. Kamera zawsze jest zwrócona na twarz osoby, z którą rozmawia reporter, nigdy na twarz dziennikarza. Ponadto twarz żurnalisty nigdy nie jest pokazana w całości. Czasem widzimy, co najwyżej część jego profilu. Kiedy oglądamy reportaże to również nie widzimy osoby zadającej pytania. Kamera zawsze skierowana jest na postać, która odpowiada. Czyżby w ten sposób Welles oddał hołd dziennikarstwu?
A jaki jest zatem tytułowy bohater, jako dziennikarza? Kane w młodości, jest pełen zaangażowania, pasji, chęci do czynienia wielkich rzeczy. Swoją prace podejmuje z myślą o ludziach. Chce, aby mieli
świadomość, w jakim świecie żyją. Ponadto, jak chyba każdego, interesuje go również sukces gazety.
Wie że, aby zwiększyć nakład musi mieć „mocne” informacje, a jeśli takie nie są, można je trochę przekoloryzować. Taka sytuacja ma miejsce w filmie. Kane pisze o zamordowaniu pewnej osoby, mimo że nie ma na to dowodów. Jakaś kobieta zniknęła, jednak to nie byłoby wystarczająco interesujące dla czytelników, dlatego bohater postanawia „wzmocnić” newsa. Z wiekiem magnat stracił młodzieńcze ideały, stal się egoistyczny i arogancki. W głowie pozostała mi szczególnie jedna scena, dobrze opisująca potęgę prasy i arogancje tytułowego bohatera. W owej scenie Kane wraz z pierwszą żoną siedzą przy stole podczas śniadania. Pani Kane mówi do męża, „Ludzie pomyślą…”, po czym on jej przerywa i odpowiada, „To co im każę”. Nie bez powody magnat wypowiedział te słowa. Wiedział dobrze, że jeśli jego gazeta jest popularna i szanowana, to ludzie będą wierzyć w to, co w niej napisze, bez względu na to, czy będzie to prawda, czy też nie. I wydaje mi się, że tutaj ukazuje się potęga prasy, czy też całych mediów w ogóle. Mogą oni nam przekazywać jakiekolwiek informacje, bo wiedzą, że raczej większość społeczeństwa w nie uwierzy. Mogą nam wmówić swoje poglądy i o tym wiedział doskonale Charles Foster Kane.

W 1953 roku odbyła się premiera jednej z najsłynniejszych komedii romantycznych wszech czasów, gdzie jednym z głównych bohaterów był dziennikarz. Mowa oczywiście o „Rzymskich wakacjach” z Audrey Hepburn i Gregory Peckiem w rolach głównych. Obraz Williama Wylera to opowieść o znudzonej życiem według ustalonego grafiku księżniczce Annie. Młoda dziewczyna postanawia na kilka godzin zasmakować prawdziwego życia i udaje się na wyprawę po Rzymie. Późnej nocy, Anna zasypia na ławce obok ulicy, gdzie zwraca na siebie uwagę dziennikarza Joe Bradleya. Bradley to osoba przypadająca widzowi od razu do gustu. Bezwarunkowo pomóc nieznajomej i zabiera ją do własnego mieszkania. Robi to niechętnie, ale zapewne niewielu ludzi zebrałoby się na taki gest.

„Rzymskie Wakacje” to radosna i pełna humoru komedia. I tak jest przez cały film. Największą tego zasługą są bohaterowie. Każdy w produkcji twórcy „Ben Hura” jest przyjazny, miły, zabawny. Mają „kupić” oni sympatie u widza i im się to jak najbardziej udaje. Jednak jak się bliżej przyjrzymy postaci Bradleya można dostrzec w nim negatywne cechy. W chwili, gdy dziennikarz się dowiaduje,
że piękna nieznajoma to księżniczka Anna, postanawia zarobić na tym niezłe pieniądze. Ucieczka młodej damy to skandal na pierwsze strony gazet, przyniosłoby mu to wielki sukces i postanawia to wykorzystać. W egoistyczny sposób stara przekonać dziewczynę do siebie. Jest dla niej niezwykle przyjazny. Oprowadza ją po „Wiecznym mieście”, inaczej pisząc, „kupuje” jej przyjaźń i zaufanie wyłącznie dla własnych korzyści. Ponadto będzie ją zachęcał do robienia rzeczy, które jeszcze bardziej „wzbogacą” wywiad, jak np. częstowanie papierosami i uwiecznianie tego na zdjęciach. Bradleya nie interesuje, że może tym przyczynić się do pogorszenia życia Anny. Reporter myśli wyłącznie o sobie. Taki typ dziennikarzy jest chyba szczególnie nielubiany wśród celebrytów.

W 1976 roku Alan J. Pakula wyreżyserował film, który dobrze może się sprawdzić również, jako dokument o pracy w dziennikarstwie. Nagrodzeni czterema Oscarami „Wszyscy ludzie prezydenta” ukazuje działania popularnej gazety Washington Post „od kuchni”. Widzowie są świadkami, jakie panują tam zasady, reguły, dowiadujemy się, jaki musi być artykuł, aby został wydany na pierwszej stronie gazety. Jednak najważniejszymi punktami obrazu są dwaj dziennikarze Carl Bernstein (Dustin
Hoffman) oraz Bob Woodward (Robert Retford). Trafili oni na sensacyjne informacje dotyczące włamania do siedziby partii demokratów. Poszlaki prowadzą do samego Białego domu, co sprawia, że Bernsteini i Woodward wyczuwają wielki skandal. Na przykładzie tej dwójki reporterów widzimy, jak sprytnym i nieustępliwym trzeba być w tym zawodzie. Kiedy któryś z żurnalistów kogoś przesłuchuje, stara się wydobyć od takiej osoby, jak najwięcej informacji. Nigdy nie rezygnują, nawet, gdy pytana osoba odmawia udzielania wywiadu, starają się na różne sposoby podejść rozmówce, aby ten jednak coś wyznał.

Ponadto produkcja twórcy „Wyboru Zofii” obrazuje nam, jak wiele poświęcają dziennikarze. W celu przesłuchiwania kolejnych osób podróżują z dzielnicy do dzielnicy, z miasta do miasta. Robią to również po za godzinami pracy, poświęcając swój wolny czas. W taki sposób całkowicie oddają się swojej profesji. Wiedzą również, że zagadka, którą próbują rozwiązać może im przysporzyć wiele niebezpieczeństw, bowiem wszystko prowadzi do najwyższych władz USA. Jednak to ich nie zniechęca. Odważnie starają się szukać dowodów do całej sprawy, żeby ludzie mogli się dowiedzieć prawdy o tajemnicy Watergate. „Wszyscy ludzie prezydenta” to jeden z najlepszych filmów w swoim gatunku. Historia opowiedziana w nim jest oparta na faktach, dlatego też główni bohaterowie znakomicie ukazują prace dziennikarza.

Współcześnie żurnaliści są również często bohaterami filmów. Przykładem może być „Stan gry” z 2009 roku. Obraz opowiada o reporterze Calu McAffreyu (Rusel Crowe) starającemu się wraz koleżanką z pracy, Dellą Frye (Rachel McAdams), rozwiązać tajemnice pewnego morderstwa. Cal podobnie, jak bohaterowie „Wszyscy ludzie prezydenta” jest całkowicie oddany swojej pracy. Przez nią zapomina, co to miłość, czy przyjaźń. Dążąc do celu omija nawet zasady etyczne, stosując szantaże wobec informatorów, czy też zakłada im podsłuchy. Podobnie, jak w przypadku produkcji Alana J. Pakuli bohaterowie „Stanu gry” prowadząc swoje śledztwo narażają się na wielkie niebezpieczeństwo. W niektórych momentach McAffrey jest bardzo blisko śmierci,. Natomiast młoda
Della Frey widzi zabójstwo jednej osoby na własne oczy. Są odważni i nieustępliwi. Niczym detektywi krok po kroku odkrywają nowe dowody tajemniczego morderstwa, które w końcu doprowadzą ich do wyjaśnienia całej sprawy.

Na koniec chciałbym wspomnieć o jeszcze jednej postaci reportera ukazanego w filmie. Gale Wheaters z „Krzyku” Wesa Cravena jest w swoim zawodzie osobą nietypową. Oczywiście, jak każdy
inny jej kolega po fachu dąży ona do uznania i sławy w tym, co robi. Stara się być, jak najszybciej tam, gdzie coś się wydarzy (w przypadku „Krzyku” chodzi o morderstwa nastolatków), aby zrobić o tym reportaż. Dla Gale jest to za mało. Opętana karierą nie tylko, chce być na miejscu wydarzeń, chce nawet uchwycić sam moment zbrodni! Być w odpowiednim miejscu i czasie, tam gdzie psychopata będzie mordował jakąś osobę i nagrać to. Krótko mówiąc jest egoistyczna, nierozważna. Naraża na niebezpieczeństwo życie swojego kamerzysty, swoje a przy tym nie interesują ją potencjalne ofiary mordercy.

Jak widać dziennikarze w kinie są przedstawiani na różny sposób. Głównie są to osoby poświęcające
się swojej pracy. Często samotnicy i egoiści, dla których liczy się wyłącznie kariera. Ale także ludzie
szukający prawdy, aby ją ukazać społeczeństwu. Odważni, narażający się na niebezpieczeństwo, nieustępliwi. Dziennikarstwo to również władza. W tym zawodzie można przedstawiać ludzi w wybranym przez siebie świetle. Zrobić z nich bohaterów, albo wrogów publicznych. Ukazywać niektóre sytuacje na własny sposób. I filmowi twórcy wiedzieli już o tym od dawna.

Autor: Łukasz Skotniczny 


Przepis na sukces filmowy 2011


Przepis na sukces filmowy 2011

W dzisiejszych czasach każdy z nas w swojej branży poszukuje przepisu na sukces. 
Sławni producenci muzyki zdradzają swoje tajniki. 
Aktorzy chętnie dzielą się swoimi radami. 
Top modelki coraz w mediach wypowiadają się, co procentuje w modelingu.
Pisarze bestsellerów podpowiadają jak podbić serca czytelników. 
Supernianie określają, co robić, by być dobrym rodzicem. 
Ale czy naprawdę istnieje niezawodny przepis na sukces?
Zapytałam o to Łukasza Skotnicznego. 



Jak osiągnąć sukces filmowy? Czy jest gwarancja na to, aby film jednocześnie podbił box Office, zyskał uznanie wśród widzów i krytyków oraz zdobył prestiżowe nagrody? Kiedyś to było możliwe. Wszystko to osiągnęły takie filmy: „Przeminęło z wiatrem” (1939), „Ojciec Chrzestny” (1972) czy też „Ben Hur” (1959).  W ostatnich latach podobne sukcesy odniosły produkcje: „Forrest Gump” (1994), „Gladiator” (2000) oraz „Władca Pierścieni: Powrót Króla” (2003).  Czy współcześnie istnieje gwarancja takiego pełnego sukcesu? Niestety nie. Jednak takiej nigdy nie było. W dzisiejszych czasach jest to wręcz niemożliwe.  Pozostaje skupienie się na jednym z tych trzech punktów (sukces kasowy, uznanie krytyków i widzów, zdobycie prestiżowych nagród). 

Sukces kasowy, czyli podbój Box Office. 
Do jego osiągnięcia jest potrzebny dość spory budżet produkcji. Obecnie ludzie uwielbiają chodzić na obrazy z wielką ilością efektów specjalnych.  Przeciętny Kowalski idąc do kina, chce widowiskowej rozrywki. Oczekuje filmu, na którym nie będzie musiał zbyt dużo myśleć i na którym się rozluźni. Przeciętny Kowalski wymaga od filmu przekazania zagadnień, których nie widzi na co dzień. Do kina idzie po odkrywanie rzeczy mu nieznanych z życia codziennego a intrygujących go.  W ten oto sposób wielkie i proste widowisko zapewnione przez masę efektów wizualnych wydaje się być podstawą do sukcesu komercyjnego.  Ale oczywiście można sobie zapewnić jeszcze większe zyski. Najprostszym tego sposobem jest nakręcenie filmu w 3D. Wówczas automatycznie bilety za seans są droższe i do portfela producentów wpada więcej pieniędzy. Trzecim i już ostatnim sposobem na duże pieniądze jest zrobienie filmu na podstawie uznanej marki (książka, komiks, kontynuacja popularnego filmu). To gwarantuje, że do sal kinowym przybędą fani owej marki.    
   
Przyjrzyjmy się trzem filmom, które w 2011 roku przekroczyły granice miliarda dolarów wpływów z biletów na całym świecie. Są to: „Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach”, „Harry Potter: Insygnia śmierci” oraz „Transformers 3”. Co je łączy? Każda z tych produkcji jest niezwykle widowiskowa z licznymi efektami specjalnymi i z prostą fabułą. Wszystkie trzy filmy są nakręcona w formacie 3D oraz stanowią kontynuację popularnych serii. Tak więc mają one wszystko, co jest potrzebne do sukcesu w Box Office.  

Jak zachwycić widzów i krytyków? 
Jeśli chodzi o uznanie wśród widzów i krytyków, to sprawa jest bardziej skomplikowana. W tym przypadku potrzeba czegoś więcej niż tylko wysokiego budżetu i oparcia produkcji na popularnej marce. Podstawą jest dobra, wciągająca i oryginalna fabuła. Inaczej będzie ciężko wzbudzić zachwyt szczególnie wśród widzów. Jednak najważniejszym elementem w takiej produkcji jest reżyser. To jego wizja filmu i umiejętności zadecydują głównie o tym, czy obraz się będzie podobał, cz też nie. Czasem ze słabej fabuły utalentowany reżyser może wynieść film na wyżyny. Trzecim punktem, który może wpłynąć na jakoś filmu są aktorzy. Jeśli fabuła jest niezbyt ciekawa, a reżyser przeciętnie radzi sobie z powierzonym mu zadaniem, to niezwykle utalentowany aktor może uratować film swoją grą. Wprawdzie nie sprawi on, że widzowie będą oczarowni samym filmem, ale zapewne będzie to wielki plus produkcji. Reżyser, fabuła, aktorzy to trzy elementy niezbędne, aby zyskać uznanie wśród widzów i krytyków.

W ostatnich latach dwa powyższe sukcesu udało się osiągnąć jednemu z najciekawszych współczesnych reżyserów - Christopherowi Nolanowi. W 2008 roku ogromnym sukcesem kasowym okazał się „Mroczny Rycerz”. Kontynuacja „Batmana początek” (2005) zarobiła na całym świecie 1 mld $. Jest to na razie ostatni film w formacie 2D, któremu udało się przekroczyć tą sumę pieniędzy. „Mroczny Rycerz” zyskał również wielkie uznanie wśród krytyków, którzy okrzyknęli go arcydziełem gatunku, a nawet filmem dekady! Wśród widzów zachwyt był również ogromny, a 9 miejsce w rankingu imdb (największa baza filmowa na świecie) najlepiej odzwierciedla uznanie wśród widzów.                                                                                                                                                                   
W 2010 roku podobne sukcesy udały się temu wizjonerskiemu reżyserowi osiągnąć z „Incepcji”. Film z Leonardo DiCaprio w roli głównej zarobił na całym świecie ponad 800mln $. Był również bardzo dobrze oceniany przez krytyków, a 10 miejsce w rankingu imdb świadczy o zachwycie wśród widzów.

Jak zdobyć nagrody filmowe?
W przypadku sukcesu związanego z nagrodami jest nieco trudniej niż ze zdobyciem uznania wśród krytyków i widzów. To Akademia Filmowa przyznaje najbardziej prestiżowe nagrody na świecie, czyli Oscary. Jeśli produkcja ma zdobyć statuetkę za film roku, na pewno nie może być z gatunku Sci-Fi i akcji. Obrazy z tych gatunków nigdy nie zdobyły najważniejszego Oscara, choć powstawały arcydzieła, które teraz są uważane za jedne z najważniejszych filmów w całej historii kinematografii.                                                                                                                                       
W takim razie, jakie filmy lubi Akademia? Głównie dramaty, melodramaty i musicale. Patrząc na ostatnie trzy lata, to proste i dobrze zrealizowane historie mogące wzruszyć. Takimi obrazami są bezwątpienia „Slumdog milioner z ulicy” oraz „Jak zostać królem”. Zwycięzca z 2010 roku "Hurt Locker w pułapce wojny” w gruncie rzeczy niczego wielkiego nie pokazał, ale zmiażdżył konkurencje zdobywając 6 Oskarów oraz 36 innych nagród (w tym 6 BAFTA) i 68 nominacji.                     
Jeśli chodzi o Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej przyznające Złote Globy, to jest podobnie jak w przypadku Akademii. Z jednym wyjątkkiem. Złote Globy za najlepsze filmy otrzymały już dwie produkcje Sci-Fi: „E.T” oraz „Avatar”.                                                                                                         
Natomiast nagrody festiwalowe Złota Palma w Cannes i Festiwal w Wenecji wygrywają filmy, można napisać, offowe. Są to mało znane produkcje, które dzięki festiwalom mogą ukazać się szerszej publiczności. Często są to filmy pokazujące jakieś ludzkie dramaty, ale również są to produkcje ambitne, ciężkie i posiadające drugie dno, jak „Czas Apokalipsy” czy „Biała wstążka”.                                                                                                                                                        
Tak więc w przypadku zdobywania nagród trzeba wybrać o jaką nagrodę się chce walczyć. Jeśli chodzi o Akademie, to najlepiej nie robić filmów akcji, ani Sci- Fi. Trzeba się skupić na dość prostych wzruszających filmach i je dobrze zrealizować. Oczywiście nie zawsze się to sprawdza, lecz bardzo często takie właśnie produkcje zwyciężają. A jeśli się chce wygrać na jakimś festiwalu, to niekonieczne jest inwestowanie dużych sum pieniędzy na film czy też na reklamę filmu. Podstawowym warunkiem jest skoncentrowanie się na opowiadanej historii. Najlepiej przedstawić jakiś życiowy dramat albo zrobić coś głębszego i trudnego w analizie. Wówczas można liczyć na triumf.

Podsumowując poszukiwanie przepisu na sukces filmowy, można zauważyć, że nie ma jednego konkretnego sposobu. Powyższe punkty są jedynie spostrzeżeniami odnośnie produkcji odnoszących powodzenie w poszczególnych dziedzinach.           

Najkorzystniej dla filmu będzie, gdy jego twórca w pełni poświęci się jak najlepszej jego realizacji i przedstawi go tak, jak chce to zrobić oraz nie będzie się kierował chęcią odniesienia sukcesem, w której z powyższych dziedzin.  Być może wtedy sukces przyjdzie sam.